poniedziałek, 17 lutego 2014

{2} Ogarnij ten śmiech hieny!!!

Dzień do końca miną dość "normalnie" co w naszym przypadku było dużo śmiechu. Po geografii mieliśmy angielski, polski, biologię. Przed Matematyką wyszło śliczne słoneczko więc wyszłyśmy przed szkołę. Usiadłyśmy sobie przed szkołą na ławeczce gdzie idealnie świeciło słońce. Napawałam się przed chwilą witaminą D ale po coś się nie zgadzało.
-Tori co jest?-Zapytałam zaintrygowana tym że nic nie mówi ani się nie śmieje. To było dość dziwnie i podejrzane. - Zobaczyłaś ducha czy co? Jesteś bledsza od trupa-powiedziałam do przyjaciółki próbując ją jakoś rozśmieszyć.
-Nie nic-powiedziała i odwróciła wzrok. Zaczęłam się zastanawiać co się stało. Po chwili jednak dałam sobie z tym spokój i dalej się opalałam. Nie nasiedziałam się jednak długo bo zadzwonił dzwonek na lekcję. Victoria wstała i uśmiechnęła się blado do mnie.
Ruszyłyśmy w kierunku wejścia. Przez drogę szłyśmy w ciszy. Wchodząc do klasy gdzie lekcja już trwała. Nic nie mówiąc poszłyśmy do wolnej ławki. Tori wyjęła zeszyt i zaczęła rozwiązywać zadania.  Mniej więcej w połowie lekcji nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem.
-Ogarnij ten śmiech hieny!!!- krzyknęła i ja jak i reszta klasy i profesor byli zaskoczeni. Z jej oczy kipiała złość. nawet nie próbowała jej pohamować. Nie przestałam się śmiać. Jeszcze bardziej rechotałam.- Może mnie pan zwolnić?-zapytała z błaganiem w oczach.
- Panno Dreake, przecież wiesz że nie mogę tego zrobić.-powiedział przepraszająco. Patrzył na nią bacznie. Zrobiła się jeszcze bledsza.
-Więc proszę wstawić mi nieobecność-powiedziała i zbierając zeszyty z ławki podniosła torbę i szybkim krokiem wyszła z sali. Spojrzał na mnie. Pokręciłam głową i wyszłam za nią.
-Tori! -Krzyknęłam za nią.- Zaczekaj.-zatrzymała się Podbiegłam do niej.-Co się stało?
-Nic. Po prostu jest mi głupio że upaprałam jego koszulkę zapiekanką-powiedziała szczerze. Ja pohamowałam śmiech. Nie spodziewałam się tego po niej. Zawsze była taka opanowana.
-Chodź na lekcje-poprosiłam ją.- Proszę. Nie przejmuj się tym. To dupek i tyle.-Właśnie w tym momencie przeszedł ten na którego wpadła z zapiekanką. Odwróciła wzrok a właśnie wychodził jakiś chłopak i dostała drzwiami w bok głowy. Aż ją zarzuciło na bok. Chłopak spanikowany zaczął ją przepraszać al. ona najwyraźniej miała go za przeproszeniem w dupie.
- Nic mi nie jest-powiedziała do niego starając się uśmiechnąć. Brunet który przechodził wpatrywał się w naszą trójkę nie wiedząc co ma robić.
-W porządku?-zapytałam się Tori
-Tak. Chodź na lekcję-powiedziała chcąc najwyraźniej najszybciej odejść z jego pola widzenia. Weszłyśmy do klasy. Wymamrotała jakieś przeprosiny i usiadła na krześle trzymając się za głowę.  Wiedziałam że dość mocno oberwała. Do końca zajęć zostały na dwie lekcje.

Po lekcjach miałyśmy jeszcze prawie godzinę do próby. Poszłyśmy do niej . Zostawiliśmy rzeczy. Wzięłam z kuchni wodę dużą i poszłam do niej do pokoju.
-Lepiej ci już-zapytałam patrząc na nią. Była taka bezsilna że aż mi jej szkoda.
-Nie wiem-wzruszyła ramionami i usiadła. Podałam jej wodę i usiadłam na przeciwko niej.- Nie wiem czy dam radę dzisiaj brać udział, a tym bardziej nie wiem co mnie tam czeka.
-Ja też nie wiem. Ale się zobaczy-powiedziałam pocieszająco. -A teraz chodź-pogoniłam ją-zaraz próba. -Wstała z łózka i chwyciła butelkę wody. Wyszłam z pokoju. Jednak się zatrzymałam przez co Tori wpadła na mnie.
-Co?
-Zostawiłam telefon.-Powiedziałam krzywiąc się
-Masz go w ręce.-powiedziała kpiąco się uśmiechając. Zeszłam może pięć schodków i znowu się zatrzymała a dziewczyna zbulwersowana na mnie patrzyła, a ja zrobiłam minkę niewiniątka.
-Co tym razem?-zapytała starając się zamatować gniew. Uśmiechnęłam się do niej.-Tylko mi nie mów że zapomniałaś.
-Jaaa?-zapytałam z niedowierzaniem.-Nie.
-Taaak ty-powiedziała.-Więc co?
-A tych bad boy'ów nie będzie co nie?-zapytałam z nadzieją w oczach. Patrzyłam na nią wyczekująco.
-A dlaczego ty się mnie pytasz?-zapytała mnie jakby nie rozumiała co mam na myśli.

Nie zawsze jest tak jak się chce. Czasami jest tak że chcemy się schować gdzieś w jakąś ciemną dziurę i z niej w ogóle nie wychodzić. Ale trzeba się zmierzyć ze strachem. Jak nie muszę się bać bo mam moją przyjaciółkę. a tak przy okazji na trzy dni są wybory miss w naszej szkole.
Click..... Wyślij.....


{1} Przyajźń, przyjaźnią ale dupę rusz

- Tori! Toriiiiiii! - słysząc krzyk Beth z dołu, wywróciłam oczami, po czym ponownie chwyciłam za pędzelek i zajęłam się malowanie tuszem drugiego oka. - Rozumiem przyjaźń, przyjaźnią ale dupę rusz - widząc jej postać w lustrze podskoczyłam przestraszona.
- A ty skąd się wzięłaś? - zapytałam po czym zakręciłam tusz.
- No zapewne z brzucha mamy ale nic nigdy nie wiadomo - wzruszając ramionami siadła na łóżku - A tak dla przypomnienia mamy 10 minut na dotarcie do szkoły - powiedziała spokojnie patrząc na swoje paznokcie.
- Co? - krzyknęłam zaskoczona.
- To - powiedziała i jak gdyby nigdy nic wstała i wzięła swoją torbę z podłogi - I radzę ci brać ten zadek i zejść na dół.
- Jaasne - powiedziałam specjalnie wydłużając sylaby po czym biorąc torbę ruszyłam w ślad za przyjaciółką.
- A jeszcze jedno - zatrzymała się raptownie przez co wpadłam na nią.
- Co znowu? - zapytałam przewracając oczami.
- Zapomniałam - powiedziawszy to ruszyła znów do przodu. Nagle ponownie się zatrzymała, a ja znów wpadłam na nią. Powstrzymując gniew spojrzałam na jej niewinną minkę.
- Niech zgadnę znów zapomniałaś?
- Nie - powiedziała patrząc mi w oczy - Tylko dzisiaj chyba jest próba do przedstawienia - mówiąc to zeszła szybko ze schodów i uśmiechając się do mojej mamy zaczęła nakładać buty na nogi.
- Teraz mi to mówisz? - zapytałam pojawiając się obok niej.
- No a kiedy miałam zapytać? - zapytała prostując się.
- Dlaczego ja się z tobą przyjaźnię? - zapytałam patrząc w sufit.
- Bo mnie kochasz - zanuciła i udając jakąś modelkę z TV wyszła z mojego domu, co niestety jej się nie udało ponieważ potknęła się o schodek i upadła na tyłek. Widząc to parsknęłam śmiechem, tak samo jak jakiś dwóch chłopaków na chodniku.
- Miss schodów się znalazła - zaśmiałam się podając jej rękę. Przyjmując ją z wdzięcznością podniosła się i zaczęła się śmiać.
- A żebyś wiedziała teraz na pewno zostanę twarzą pustaków - mówiąc to zaczęła udawać plastika z naszej klasy.
- Niewiele ci brakuje - śmiejąc się z tego ruszyłyśmy w stronę szkoły.

Wchodząc do szkoły Elizabeth nagle stanęła jak wryta na środku korytarza.
- A tobie co?? - zapytałam patrząc na nią spod oka.
- Zapomniałam wziąć długopisu - mówiąc to, prawie się nie popłakała. Powstrzymując śmiech popchnęłam ją w stronę klasy.
- Idź ty moja sierotko - uśmiechając się szeroko, poszłam za nią do klasy od Geografii. Siadając w ławce spojrzałam na jej smutną minkę.
- A tobie co znowu?
- Jednak mam ten długopis - powiedziała niepewnie.
- To chyba dobrze - powiedziałam śmiejąc się pod nosem.
- Nie za bardzo bo zapomniałam drugiego śniadania.
- To pójdziemy do sklepiku - powiedziałam szybko, ale widząc jej minę zaczęłam się nad tym zastanawiać - Bo chyba portfel wzięłaś?
- No mam - wyciągnęła z torby różowy portfel i mi go pokazała.
- A pieniądze w nim masz?
- No tak - potwierdziła.
- No to pójdziemy - odetchnęłam z ulgą i skupiłam się na temacie dzisiejszej lekcji.

Oczami Elizabeth
- Lilibet ruszysz się? - słysząc głos Victorii uśmiechnęłam się niepewnie.
- Yhym - mruknęłam drapiąc się w kark.
- Dobra ja idę do sklepiku zamówić zapiekanki, a ty leć do tej łazienki - powiedziała przyjaciółka przewracając oczami.
- Dzięki - krzyknęłam ponieważ już byłam w połowie drogi do łazienki. Wchodząc do wypełnionego dymem pomieszczenia kaszlnęłam po czym weszłam do kabiny. Załatwiając szybko swoją potrzebę fizjologiczną, spuściłam wodę po czym umyłam ręce w umywalce. Nie widząc nigdzie ręcznika papierowego skrzywiłam się i mokrymi rękami chwyciłam za klamkę od drzwi. Spuszczając głowę w dół otworzyłam je zamaszystym ruchem, jednak słysząc jakiś dziwny dźwięk podniosłam głowę do góry i otworzyłam szeroko oczy.
- Nic ci nie jest? - zapytałam nieśmiało chłopaka który trzymał się za czoło a na jego koszulce widniała wielka plama po soku z czarnej porzeczki.
- Nie no skądże - powiedział sarkastycznie - Czuje się wyśmienicie, po prostu uwielbiam uderzenia z drzwi w głowę.
- Przepraszam - wyjąkałam po czym przygryzając wargę opuściłam głowę w dół - A koszulkę ci odkupię - powiedziałam szybko i uciekłam stamtąd.
- Zaczekaj - słysząc jego krzyk jeszcze bardziej przyspieszyłam. Kiedy doszłam do sklepiku widziałam tylko wkurzoną Tori i jakiegoś chłopaka z zapiekanką na koszulce.
- Nowa moda? - zapytałam się przyjaciółki wskazując ruchem głowy jej towarzysza.
- Nie niezdarna dziewczyna która wpada na wszystkich - stwierdził chłopak po czym machnął olewająco ręką i wyszedł ze sklepiku.
- Co to było? - zapytałam patrząc w ślad za odchodzącym.
- A ja wiem - powiedziała przyjaciółka - Ciołek wpadł na mnie i niechcący ubrudził się zapiekanką wielkie mi halo - skwitowała po czym wzruszając ramionami stanęła ponownie w kolejce - I jeszcze na dodatek przez niego muszę ponowni stać w tej durnej kolejce.
- Oj nie marudź - powiedziałam wywracając oczami - Głodna jestem.
- Jak zawsze - słysząc to parsknęłyśmy śmiechem.
 
Nawet w zamieszaniu da się znaleźć to co poszukujesz od bardzo dawna. Nie wiedząc nawet pewnie, że to jest to, pozwalasz mu odejść. Ale nie bój się przed przeznaczeniem nie uciekniesz. I uwaga, uwaga ogłaszam, że równo za 3 tygodnie jest bal szkolny.
Click.......Wyślij.......


Prologue

Każdy na świecie ma obok siebie jakąś bliską sobie osobę. Każdy ma przyjaciela na którego może liczyć. Ta osoba nigdy nie czuje się samotnie, nie wie co to smutek, radość tryska z niej jak gejzer na Islandii......Tratatata słyszeliście gorsze brednie? Owszem każda osoba ma przyjaciela, ma bliską osobę, ale ona wspiera cię, pociesz w trudnych chwilach, jest zawsze obok ciebie, a smutki jak to smutki zawsze się przyplączą. A więc definicja jest taka masz przyjaciela jesteś WSPANIAŁĄ i NIEZWYCIĘŻONĄ osobą, nie masz przyjaciela to najpewniej ZGINIESZ, TRAFISZ DO PSYCHIATRYKA lub w najlepszym przypadku BEDZIESZ STARĄ PANNĄ Z MNÓSTWEM KOTÓW.
Uff mi to nie grozi ponieważ mam przyjaciółkę i to bardzo bliską, może i różni nas 7 godzin, ale często zachowujemy się tak samo i myślimy o tym samym. A więc ludzie szukajcie przyjaciół i od razu mówię to nie durna reklama namawiająca do kupna mydła, to fakt ;P.
Pozdrawiam wasza koleżanka z klasy.......
Click......Wyślij.......

Postaci

Victoria Charlotte Dreake (24.09.1997 r.)
Elizabeth Sarah Chase (25.09.1997 r.)
J.P. Parker (28.02.1996 r.)
Mattias K. Crowell (08.03.1996 r.)

środa, 5 lutego 2014

Rozdział-16-

             Trzymałam jego rękę kiedy.... Kiedy jego palce drgnęły. Jego powieki się delikatnie uniosły. Spojrzał na mnie powiedział że mnie kocha i kocha naszą córkę i jego zamknęły się na zawsze. Aparatura wydała jeden ciągły dźwięk.  Na salę weszli lekarze próbując go reanimować. Ale bezskutecznie. Odsunęłam się o jeszcze cztery kroki i oparłam się o czyjś tors. Ręce delikatnie objęły mój brzuch i wiedziałam już że to Liam.
       Nagle w kącie pokoju pokazała się przezroczysta postać Chłopaka leżącego na łóżku. Był uśmiechnięty. Po czym zniknął. Zaraz poczułam pocałunek na brzuchu i jeszcze jeden. Spojrzałam w dół. Wiedziałam że to on. Mój ukochany.  Wyszłam na korytarz. Chłopaki patrzyli wyczekująco.
J-Odszedł-powiedziałam to tak spokojnie że sama się zdziwiłam.
Z-Jess... Dobrze się czujesz?
J-Nie ba...-I upadłam na ziemię...Przebudziłam się na szpitalnym łóżku. Chłopaki obok mnie.- Patrzyłam na nich zdziwiona.
Lou-Zemdlałaś pod wpływem emocji.
J- Znowu-powiedziałam
Lou-Co?
J-To uczucie. Liam mam problem.
Li-Jaki.
J-Ja... Boli-syknęłam łapiąc się za brzuch.
                Jestem na porodówce. Leżę sobie i czekam z bólem aż się coś zacznie dziać. I zaczęło. Skórcze łapały mnie coraz częściej. Lekarz jakiś młody zaczął coś tam majstrować. W sumie tak nie bolało ale wiele razy wymiotowałam. Tym byłam wykończona. Gdy wyszła główka poinformował mnie o tym. W trakcie zaczęłam się śmiać bo Liam oddychał za mnie za siebie i za chłopaków.  Doktorek się za mnie dziwnie spojrzał jak się śmiałam.
J-Liam...
Li-Słucham.
J-Ja sama mogę oddychać nie musisz za mnie nadrabiać.
Li- Jessica-powiedział udając urażonego.
J-Słucham?- Ból się nasilił.-Aaaa!-wydarłam się i lekarz powiedział
L-Mamy ją. i zobaczyłam mojego maluszka. Liam odetchną z ulgą. 
Li-W końcu.
J-A co ja mam powiedzieć?-położył głowę w zagłębieniu szyi i ramienia. Pogłaskałam go po głowie i pielęgniarka podała mi ją na pierś. Mała zakwiliła ale zaraz się uspokoiła słysząc bicie mojego serca.
                 Wieczorem ok 18 przyszli chłopcy mnie odwiedzić. Posiedzieli trochę ale tylko chwilę bo zaraz usnęłam. Byłam zmęczona a to dopiero początek.
                                 *cztery lata później*
A-Mamusiu?
J-Tak?
A-A gdzie jest tatuś?
J-Ana kochaniu posłuchaj-schyliłam się po dziewczynkę i posadziłam na blacie.- Twój tatuś nie żyje. Umarł. Był chory. A teraz twoim tatusiem jest Liam.
A-Tatuś.
J-Tak. Tatuś- Liam właśnie wszedł do kuchni.
Li- Co tatuś
A-Tatuś wiedziałeś że mój tata umarł?- Spojrzał na mnie. skinęłam głową dając do zrozumienia że powiedziałam jej wszystko
Li-Tak. A dzień później urodziłaś się ty.
A- tatusiu?
Li-Tak?
A- A ja chcę siostrzyczkę.
Li-Masz braciszka-powiedział. Wziął małą w ramiona.
A-Kocham cię tato-powiedziała.
Li-Ja ciebie też skarbie.-pocałował ją w czółko.
A-Mamusiu a mogę dotknąć dzidzi?
J-Idź. Tatuś cię umyje i zaraz pójdziemy
A-Dobrze.
Nasz synek ma już roczek. Właśnie usnął. Ma na imię Nickolas. Jest mi dobrze z Liamem i chłopakami przy boku. Tamci wyszli już do siebie. Mieszkają na tym samym podwórku ale w swoim domku. Wszystkie posiłki jadamy razem. Jest nam tak dobrze. Usiadłam przy stole i oparłam głowę o łokieć i siedziałam. Czekałam na ukochanego. Zayn napisał czy mogą dzisiaj spać u nas odpisałam że mogą. Czekałam na Mojego męża. Gdy już zszedł siedzieliśmy na kanapie i tak usnęliśmy. W nocy z nieznanej przyczyny wybuchł pożar i zaginęliśmy wszyscy.....




... Zerwałam się w środku nocy a Liam ze mną. Tulił mnie aż nie przestałam się trząść. Kołysał mnie rytmicznie w prawo... lewo... prawo... lewo... Nad ranem obudził mnie Nick gdy przyszedł do nas i wdrapał się na łózko. Przytulił się do mojej piersi. Wyjął smoczek  przyssał się. Pomemłał,  pomemłał i usnął.  Kocham ich wszystkich. Zaraz Liam się przebudził. Rozbawiony patrzył na Nicka i na mnie. Pocałował mnie z uśmiechem. I od tego zaczyna się mój dzień. Kolejny pełen wrażeń.


Tym rozdziałem kończę już tego bloga i z niechęcią informuję że muszę zawiesić działalność na tym blogu do puki czegoś nie wymyślę. Dziękuję Wam za czytanie i komentowanie. Mam nadzieję że dużo czasu mi to nie zajmie a teraz zapraszam na http://fuck-genius.blogspot.com/. Pozdrawiam Gabrysia.

sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział -15-

                                       Dzień przeszczepu
        Siedziałam w szpitalu kiedy zabrali Harrego na oddział. Chłopaki starali się ślinie mnie pocieszyć. Nie wiedziałam czy przeżyje. Nie wiedziałam czy wszystko pójdzie dobrze. Nie wiedziałam czy dziecko będzie miało ojca.
J-A jak on umrze?
N-Mała spokojnie.-powiedział uspokajającym głosem
J-A jeśli coś pójdzie nie tak?
Li-Jess do cholery jasnej- Warknął.
J-Skoro tak was denerwuje to pójdę sobie na dwór na ławkę.
Li-Proszę bardzo. Będzie trochę spokoju.
Z-Liam
Li- Co?
     Dalej ich nie słuchałam. Wyszłam Z oddziału a później ze szpitala. Usiadłam na słońcu. Siedziałam tak trochę i zobaczyłam że Liam idzie w moją stronę. Siada bez słowa obok i obejmuje mnie ręką.
J-Żyje?
Li-Nie wiem. Przyszedłem cię przeprosić.
J-Nie masz za co. Miałeś rację.
Li-Nie to ja jestem nerwowy.-powiedział
J-Liam. Jeśli on nie przeżyje... Pomożesz mi przy dziecku?
Li-Pomogę. Jeśli przyjmiesz moje przeprosiny.
J-Przyjmę.-powiedziałam z uśmiechem.
Li- Ale on przeżyje-powiedział stanowczo.- To silny facet. Wiesz...-zaczął- On bardzo przeżywał rozstanie z tobą- wyznał.- Ale się nie poddał walczył dalej o ciebie. I wywalczył swoją miłość. On cię kocha i nawet jeśli odejdzie będzie obok ciebie.
J-Liam-wyszlochałam.
Li-Nie płacz-powiedział i przytulił mnie do siebie. Wszyscy teraz przeżywamy. I nikt nie wiedział że jest chory. Znamy dość długo. Ale nigdy nie wspomniał.
J-Może nie wiedział-usprawiedliwiałam go. Moja córka poruszyła się we mnie chyba na znak zgody. Liam też to poczuł.
Li-Chyba mi tu nie rodzisz co nie?
J-Nie. Tylko się kręci-powiedziałam i sięgnęłam po rękę Liama. Opierał się na początku ale się przekonał. Uśmiechnął się kiedy mnie kopnęła.
Li-Nie boli cię to?
J-Czasami jak kopnie w żebro to boli ale tak to nie.
Li- To musi być fajne uczucie co?
J-No fajne, fajne.
Li-Wracajmy już. Zaraz pewnie zabieg się skończy.-powiedział
J-Tak. Chodźmy-potwierdziłam kiwaniem głowy. Powoli weszliśmy do budynku i powolnym krokiem udaliśmy się do wind. Odczekaliśmy aż zjedzie któraś. Wsiedliśmy i wjechaliśmy na piętro. Liam wprowadził mnie i posadził na krześle.  Wzięłam kubek z herbatą i upiłam spory łyk. Złapałam drugi i trzeci i w końcu wyszedł lekarz.
L-Pani Styles?
J-Tak-odwróciłam głowę w jego stronę A on tylko pokręcił głową przecząco. Załamałam się. Wstałam z krzesła kiedy zaczął dalej mówić
L-Jestem pod wrażeniem tego w jakim tempie to zrobiliśmy.
J-Słucham?
L-On żyje. Ale nie wiem czy na 100% przeżyje ten przeszczep-powiedział. - Zadecydują o tym te 24 godziny.
Z-A jakie jest prawdopodobieństwo że on umrze?
L-Co 5 przypadek umiera-powiedział i wrócił na salę.
               Mijały godziny a on się nie budził. Jego bicie serca spadało cały czas. Nie wiedziałam co będzie dalej. Za tydzień mam termin porodu.
Trzymałam jego rękę kiedy....

środa, 25 grudnia 2013

Rozdział-14-

               Dzisiaj ten rozdział chciałam dedykować Misi Jewel i Marzenie. Tak z okazji świąt Bożego Narodzenia. To dla Was kochane. I oczywiście dla wszystkich czytelników. Pozdrawiam Gabrysia :***
                 

Obudziłam się wtulona w Harrego. Powoli podniosłam głowę. Jeszcze spał. Wstałam najdelikatniej jak umiałam i po cichu zaczęłam iść w stronę drzwi. Jednak moja kariera szpiega poszła się tupać jak Ukochany wziął mnie na ręce.
H-Już mi uciekasz?
J-Pić mi się chce.-skłamałam
H-Ojoj. To chodź- Zeszłam z nim na dół i nalałam sobie szklankę soku. Wypiłam z trudem 4 łyki i odstawiłam. -Chodź zmienię i opatrunek.
                                                 *jakiś czas później*
J-Do jasnej cholery!!!-wrzasnęłam na cały dom.- Czy wy przez pięć minut nie umiecie posiedzieć cicho?
H-Kochanie?-zapytał mój mąż- Co jest?
J-Bo się drą cały dzień. A ty gdzie byłeś?
H-W mieście. Kupiłem coś naszej córeczce.
J-Ooo-powiedziałam zdziwiona-Pokaż co tam kupiłeś.
     Zgodnie z moją prośbą chłopak wyciągnął z torby śliczne różowe body i śpioszki. Prześliczne. Takie maleńkie. Po chwili wyjął jeszcze skarpetki i inne ciuszki.
H-Podobają ci się?-zapytał
J-Są śliczne dziękuję.-Głęboko złapałam powietrze. a Harry się przestraszył
H-Co się stało?
J- Ojć.
H-Co się stało-zapytał spanikowany
J-Nie panikuj. Tylko mnie kopnęła.-Widziałam jak z jego twarzy opływa krew- Harry co się stało?- Upadł na podłogę. Jego bezwładne ciało.(podkład) .-Chłopaki-wrzasnęłam. Słyszałam jak zbiegają po schodach
N-Co-zaczął- ooo Co się stało?
J-Nie wiem-powiedziałam. Stał i nagle upadł-powiedziałam zdławionym głosem.
Lou-Mała nie martw się-powiedział podchodząc do mnie.
J-Jak mam się nie martwić?
N-Karetka już jedzie.-Powiedział z maską opanowania. Wstał i przytulił mnie. Z mojego gardła wyrwał się szloch.
           W szpitalu recepcjonistka pokierowała  nas na poczekalnię oddziału na którym leżał Harry. Posadzili mnie na krześle. Siedziałam tak dość długo. Liam przyniósł mi herbatę.
J-Nie chcę.-powiedziałam.
Li-Wypij to.
J-Nie chcę
Li-Pij-powiedział tonem kończącym rozmowę.
   Po chwili z bloku wyszedł lekarz.
L-Pani Styles?-zapytał-Pokiwałam głową.- Zapraszam do gabinetu-powiedział poważnie. Wstałam i poszłam za nim. pod drzwiami zatrzymał się by otworzyć zamek i wpuścił mnie pierwszą do środka. Wskazał mi na krzesło żebym usiadła.- Proszę pani. Pan Styles ma białaczkę. To są wczesne objawy. I dlatego chcemy go zatrzymać.
J-No dobrze. Dziękuję. Czy można się z nim zobaczyć?
L-Tak. Ale za jakieś 10 minut. Dobrze?
J-Tak-pokiwałam głową
        Wyszłam z gabinetu i ruszyłam w stronę wyjścia. Chłopaki nawet nie próbowali mnie zatrzymać widząc moją minę. Wyszłam na zewnątrz. zaczęłam chodzić po parkingu. Dlaczego?-zapytałam Dlaczego on?
Li-Mała w porządku?
J-Wiedziałeś?
Li- O czym?
J-O chorobie?
Li-Jakiej?
J-Nie wiedziałeś-powiedziałam bardziej do siebie niż do niego
Li-Chcesz pogadać?
J-Może później. Możesz mnie zostawić samą?
Li-A nic sobie nie zrobisz?-popatrzyłam na niego wściekła
J-Nie
Liam wszedł do środka a ja posiedziałam chwilkę na dworze i sama też weszłam szpitala. Weszłam na salę  do Mojego męża. Był przytomny. Usiadłam obok niego na krześle.
H-Przepraszam-powiedział.
J-To nie twoja wina-powiedziałam
H-Płakałaś-powiedział- widziałem ja płakałaś na dworze.-powiedział. Złapał mnie za rękę  przyciągnął do siebie. -Obiecaj mi że jeśli odejdę będziesz opowiadać mojej córce o mnie.-powiedział
J-Obiecuję. Ale nie odejdziesz-powiedziałam.
H-Kochanie.
J-Nie odejdziesz-powiedziałam. Mam dawcę
H-Kogo?
J-Nie ważne kogo. Mam. Jej krew pasuję do twojej.
H-Mam nadzieję że to nie ty
J-Nie-powiedziałam.
H-To dobrze. Kocham cię tak bardzo mocno. Powiedział i mnie pocałował.- Nie zostawiaj mnie-poprosił
J-Nie zostawię-powiedziałam całując go w czoło.-Prześpij się-powiedziałam
H-Nie. Ne chcę na razie...